Historia o zbóju ze złotowskich lasów.

Opracował: Jarosław Gładysz

         Hedloff (ur. ok.1606r., zm.19.01.1654r.) pochodził z szanowanej rodziny, która swoją posiadłość miała w Maleszowie. Pracowało tam sześciu służących. Wozami, ciągniętymi przez woły, wozili oni węgiel drzewny do Wrocławia. Ojciec Hedloffa  nie mógł  jeszcze tego zlecić swemu niespełna 16 – letniemu  synowi – Melchiorowi.

        Pewnego razu ojciec, który go surowo wychowywał, dał mu 3 fenigi na drogę oraz na swoje wydatki. Ten jednak nie chciał być ciągle zależny od ojca. Nie wrócił więc do domu. Myślał, że sam sobie gdzieś w świecie poradzi. Jednak mu to nie wyszło, więc kręcił się po lesie, bojąc się powrotu do domu i kary. Trwało to tak długo, że nie miał już chleba ani pieniędzy. Był głodny i spragniony, a do tego dręczyła go obawa przed ojcem.

       Nagle usłyszał wystrzał z broni, a tuż przed nim o krok stanął wilk. Hedloff rzucił się na zwierzę i podciął mu gardło. Odetchnął z ulgą, że uratował swoje życie.

       Wtem pojawił się leśniczy. Hedloff – ciągle w szale bojowym zaczął uderzać drewnianym kijem w leśniczego. Niestety, zabił go, po czym zabrał mu puszkę z pieniędzmi, a ciało zostawił w krzakach.

      Od tego dnia zaczęło się rozbójnicze życie Hedloffa. Kilka lat później został on przywódcą dwustu zbójników, wraz z którymi napadał i rabował głównie kupców i bogatych chłopów z okolic Wrocławia i Milicza. Nikt wtedy nie czuł się pewnie na drodze, w lesie, a nawet w domu.

      W lesie koło Łuczyny, około 1 km od Zamku Myśliwskiego, jest głęboki dół, Mordgrube (niem.) – Morderczym Dołem nazwany. Tam była kryjówka bandy Hedloffa. Każdy, kto spotkał zbója, nie mógł liczyć na jego miłosierdzie. Nieważne było, czy to mężczyzna, kobieta lub dziecko – było to jemu obojętne, i tak swoją ofiarę pozbawiał życia.

     Na zbójecką bandę robiono obławy. Wielu jej członków zabito, lecz Hedloff zawsze zdołał uciec. Po około trzydziestu latach okrutnego zbójowania w końcu udało się go złapać w okolicach Łąk i postawić przed sądem w Oleśnicy. Za 251 morderstw, których się dopuścił, otrzymał surową karę. Posadzono go na wozie i zawieziono na oleśnicki rynek. Stąd przeciągnięto go do czterech bram miasta. Przy pierwszej bramie błyszczącymi nożycami obcięto mu kciuki, przy następnej palce, przy trzeciej nos, a przy czwartej uszy. Później wypalono mu oczy, odcięto dłonie i stopy i rzucono zwierzętom. I tak kawałek po kawałku, minuta po minucie, męczarnia po męczarni zakończył się żywot Hedloffa.

     Do dziś można oglądać dół, gdzie chował się okrutny zbój, a rycinę z jego owalnym popiersiem, wykonaną techniką miedziorytu przechowuje się w zbiorach Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu.

 

       

                                                           

                                                             

 

 

 

 

 

 

 

 

23 paź, 2012

Skomentuj